czwartek, 11 września 2014

Murgab - Osz

Dzień 139 - Osz - Kirgistan

I znowu nastały dnia zielonego czaju a to za sprawą ponownego wjechania do doliny fergańskiej.

A jak wyglądały ostatnie dni podróży?

Chorzy z bólem głowy i mięśni po południu opuszczamy zimny Murgab. Kierując się w kierunku najwyższej przełęczy na Pamir Highway o nazwie Akbajtal Pass 4655. Aby ją osiągnąć do przejechania mamy 75 km. Ale wiemy że tego dnia jest ona dla nas nie osiągalna. Biwakiem gdzieś po drodze. A o dziwo następnego dnia czujemy się już o wiele lepiej. Choć nocleg wypadł na wysokości 4100 mnpm. Dość wolno, bez pośpiechu jemy śniadania i likwiduje biwak. Ładujemy rowery i zaczynamy dalszą część podjazdu. Jedzie się OK ale po południu zaczyna wiać lekko w twarz. Trochę to przeszkadza ale da się jechać. Przed przełęczą znajduje się budynek pracowników drogowych, dbających o przejezdność przełeczy. Zostajemy zaproszeni na czaj. To fajnie bo w środku przy piecu jest bardzo ciepło i nie wieje. Pijemy przegryzamy lepioszkę. Udaje się ogrzać. Po 30 min odpoczynku ruszamy na przełęcz. To jakieś 4 km ale najstromszego podjazdu. Udaje się dość szybko wjechać. Kilka pamiątkowych zdjęć i jedziemy w dół. Fajnie stracić wysokość bo niżej lepiej działa organizm. Ale też powoli zaczyna się robić ciemno. Przy małym potoku na wysokości 4200 rozbijamy biwak. Szybko robi się ciemno. Maszynka na benzynę kopci ale da się zrobić kolacje. Jak coś jest jeszcze reszta gazu i dróg palnik. Jemy i idziemy spać. Nocą musiało być mroźne bo woda w butelce zamrznięta. Po wschodzie słońca robi się ciepło. Nie wieje. Przy porannym słońcu przed namiotem jemy śniadanie. Tego dnia postanawiamy dojechać do wioski Karakul nad jeziorem o tej samej nazwie.
Choć droga wydawała się prosta jednak zajmuje nam cały dzień. Przed wieczorem jesteśmy na miejscu. W wiosce śpimy w czajchanie. Za niewielkie pieniądze dostajemy kolacje, śniadanie i nocleg. Do tego jest ciepło bo piec nagrzewa całe pomieszczenie. Rano odwiedzamy znjomych. Potem wizyta nad brzegiem jeziora i dalej w drogę.
Jezioro jest na wysokości 3914 mnpm. Wokół jeziora teren to pomieszanie pustyni ze stepem. Generalnie ładny dla oka a trudny dla życia. Oczym sami mamy się przekonać. Kilka kilometrów od jeziora zaczyna się podjazd na przełęcz Aghbaha Uybulaq 4232 mnpm choć to niewielkie przewyższenie do podjechania na tej wysokości nie jest to takie proste. Do tego nie czujemy się cały czas najlepiej choć i tak nie tak źle jak w Murgab. W dobrej pogodzie, bez wiatru osiągamy przełęcz. Niestety po kilku metrach zjazdu zaczyna wiać prosto w twarz. Z każdym metrem wiatr się nasila. W powietrzu do tego unosi się masa pyłu i piasku. Jedynie okulary i chusty na ustach nas od niego chronią. Kontynuujemy zjazd. Wiatr jest tak silny ze nie daje możliwości na rozbicie namiotu. Do tego robi się późno. Ta dolina, którą jedziemy nazywa się "doliną śmierci" nazwa adekwatna do zaistniałej sytuacji. Jednak nie poddajemy się. Przy ciele wodnym udało mi się znaleść zagłębienie osłonięte nieco od wiatru. Budujemy dodatkowy mur z kamieni. Do tego uszczelniacz go sakwmi. Za murem stawiamy namiot, dodatkowo do około zabezpieczając ga kamieniami. Po tej operacji chowany się do środka. Wychodzić nie ma co bo na zewnątrz chce urwać glowę. Nie ma więc wyjścia i gotujemy w środku namiotu. Wena kulinarna była i z posiłku zrobiła się mała uczta. To taki miły akcent do zaistniałej sytuacji. A z innej strony pewien zachwyt - jak to jest że kawałek materiały zmienia sposób odbierania świata. Bo bez niego pewnie było by ciężko przeżyć noc. W ciepłych śpiworach zasypiamy. W środku nocy przestaje wiać. Rano ładna pogoda. Choć w nocy być spory mróz poranek okazał się bardzo przyjemny. Ale nauczeni doświadczeniem tego dnia szybko jemy i pakujemy się aby zdążyć przed tym jak zacznie wiać. I prawie się to udaje. Tego dnia mamy do przejechania kolejną przełęcz na naszej droce. To przełęcz graniczna między Tajikistanem a Kirgistanem. Nazywa się Kyzyl-Art i ma 4280 metrów wysokości. Bez wiatru praktycznie do końca przełęczy udaje się na nią wjechać. Po drodze Tadżykisyański punkt graniczny. Potem kilka fotek na przełęcz i zjazd do Kirgistanu. 20 KM dalej punkt graniczny Kirgistanu. Kolejna pieczątką w paszporcie. Witaj Kirgizjo i ruszamy do Sary-Tasz.
Jesteśmy tam przed wieczorem. Nocujemy w Hostelu i kolejnego dnia ruszamy dalej. Drogą do Osz. Zaraz za Sary-Tasz zaczyna się podjazd na przełęcz. A w zasadzie na dwie bo najpierw na przełęcz 40 lat Kirgistanu a następnie po małym zjeździe na właściwą przełęcz Tadek Ashuu 3615 mnpm. Udaje się wjechać bez większych problemów. Zdrowie co najwżniejsze OK. Z przełęczy wspaniały zjazd serpentynami a potem w dół doliny. W dwa dni osiągamy wysokość 1500 mnpm. Zrobiło się ciepło. I tak z prawie zimy jesteśmy w lecie. A wszystko to na odcinku zaledwie 180 km i 3000 metrów różnicy wysokości. To tylko uświadomi fakt ze wszystko w życiu bywa wzgledne.
Teraz w Osz przez kilka dni robimy wakacje. To znaczy nic nie robimy. Jemy, śpimy ile chcemy. I to bez napinki i pośpiechu. A do wylotu już tylko został tydzień.
Pozdrawiam serdecznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz